Hej, Biegacze!
Jak tam weekendowe starty? Może ktoś z Was gdzieś debiutował lub pobił życiówkę? Pochwalcie się w komentarzach, a tymczasem, łapcie świeżą relację z niedzieli:
W niedzielę odbył się I bieg z Radością. Ulicami Wawra ponad 600 osób pokonało dystans 5 lub 10km. Wśród zawodników znalazło się sporo biegaczy z Warszawy i jej okolic. Dla części z nich był to treningowy start, dla innych sprawdzian przed, np. 11. listopada, albo po prostu debiut. Ja wraz z moją Przyjaciółką należałyśmy do ostatniej grupy. 20 minut przed planowanym startem odbyła się wspólna rozgrzewka przy muzyce, która wprawiła nas w dobry nastrój. Ostatni moment na załatwienie potrzeb fizjologicznych, duży łyk izotonika, zawiązanie sznurówek i...można chyba zaczynać. Kiedy zaczęliśmy odliczać, zdałyśmy sobie sprawę, że to już ten moment! Emocje mną targały, a ja starałam się je opanować. 10... Podekscytowanie! 9... Strach! 8... Panika! 7... Motywacja! 6... Euforia! 5... Opanowanie! 4... Adrenalina! 3... Siła! 2... Lęk! 1... Nadzieja! RUSZYŁYMY!!! Pierwszy kilometr, dwa biegło się bardzo przyjemnie, w komfortowym tempie. Później troszkę zwolniłyśmy, ale piątkę pokonałyśmy bez większego wysiłku. Kiedy dotarłyśmy do siódmego kilometra, poczułam, że lekko się spinam (wykraczałam poza dotychczasowy najdłuższy dystans, jaki pokonałam!), ale na ósmym dostałam napój, którym uzupełniłam brak paliwa. Kalorie dodały nam sił, a rozmowy i śmiech (które trwały od początku wyścigu) doprowadziły nas do mety. Na 0,5 km przed metą złapała mnie "kolka", jednak wzajemny doping i uśmiechy Wspaniałych Kibiców dały nam niezłego kopa do działania. Majacząca się od 300m meta, wreszcie stała się celem, który pokonywałyśmy wspólnymi siłami. A po dostaniu medalu... stwierdziłyśmy, że jeśli utrzymałybyśmy nasze tempo (nie biegłyśmy na wynik; ukończyłyśmy z czasem 1:06:50), mogłybyśmy przebiec przynajmniej połowę dystansu kolejny raz...
Teraz już mogę Wam powiedzieć, że dałam radę. Mimo strachu przed nowym wyzwaniem, podjęłam je. Wygrałam walkę sama ze sobą. Wykorzystałam swoją szansę w 100% i przebiegłam granicę, dotąd przeze mnie niepokonaną. Mimo wielu trudności, stanęłam na linii startu, a potem z uśmiechem pokonałam metę.
Ten start pokazał mi, że jeśli o czymś marzysz, powinieneś zawsze próbować, nawet jeśli byłoby to czymś odległym. Dał mi odwagę do realizowania moich dalszych celów. Na pierwszy ogień pójdzie dyszka 11. listopada w Warszawie (tym razem zawalczę o wynik bliżej godziny), a później zacznę myśleć o starcie w pierwszej Połówce (luty się zbliża!). Będę coraz częściej działać, zamiast marzyć i zobaczę, co jeszcze z tego wyniknie :)
Komentarze
Prześlij komentarz